Wcale nie tak spokojny koniec lata

 

Lato się kończy, a w gospodarce i wokół gospodarki mnóstwo interesujących wydarzeń. O tym, co dzieje się na rynkach finansowych napiszę w dodatku do głównej części bloga, bo nie jest to nic nadzwyczajnego. Moją uwagę zwróciło to, co dzieje się w naszej polityce gospodarczej. O ile o takiej możemy w ogóle mówić, bo w rządzie można naliczyć chyba cztery ośrodki emitujące coraz to nowe i często sprzeczne i pomysły. Nie będę już pisał o nieszczęsnym podniesieniu podatku VAT, bo już dużo na ten temat mówiono. Jednak to, że opozycja wydaje z siebie jedynie piski, a rolę opozycji przejęli, nieco dyskredytowani przez premiera Donalda Tuska, ekonomiści i analitycy bardzo mnie dziwi. Przecież partie polityczne są zamożne, więc zamiast wypuszczać do mediów posłów, których często jedynym zadaniem jest wyprodukować barwną wypowiedź, mogłyby zatrudnić tych właśnie ekonomistów, którzy wypracowaliby poważne propozycje reformy finansów publicznych. 

Zamiast tego z całą powagą omawia się ewentualne ujednolicenie podatku VAT czy obłożenie podatkiem banków. Obie te propozycje nie są warte tego, żeby się nimi zajmować, co bardzo łatwo udowodnić, ale to w ogóle nie przeszkadza ich zwolennikom. Spójrzmy pokrótce na propozycję ujednolicenia podatku VAT. To prawda, że ustawa o VAT jest skomplikowana, a podział towarów na różne poziomy oprocentowania często dość dowolny i dający pole do nadużyć. Nie ulega więc wątpliwości, że trzeba to uprościć. Jednak „uprościć” to nie to samo, co „ujednolicić”. 

Zwolennicy tego drugiego chcą po prostu wprowadzić jedną stawkę VAT – na przykład 19 procent. Wtedy żywność opodatkowana stawką 5 lub 7 procent nagle musiałaby podrożeć o kolejne kilkanaście procent. Żywność w budżetach większości Polaków ma nadal bardzo duży udział. Owszem, zamożniejsi wydają na nią proporcjonalnie mało, ale mniej zamożni czy aspirujący do klasy średniej bardzo by na tym ruchu stracili. Książki oprocentowane teraz stawką zerową, a niedługo pięcioprocentową podrożałyby o kolejne kilkanaście procent. Już teraz Polacy prawie nie czytają. Chcemy mieć społeczeństwo analfabetów? Towary obecnie opodatkowane podatkiem 22 procent (niedługo 23 procent) staniałyby o kilka procent. Obrazowo można powiedzieć, że o kilkanaście procent zdrożeje chleb, a o kilka procent stanieje samochód. 

Polskie społeczeństwo jest nieruchawe, ale tego chyba by już nie zniosło. Jeśli komuś marzy się rewolucja to proszę bardzo – niech ujednolici VAT. W niczym nie zmieni sytuacji to, że przewidziane byłby rekompensaty dla najuboższych. Z góry można przewidzieć, że nie zawsze trafiałyby tam gdzie trzeba i z całą pewnością nie rekompensowałyby wzrostu kosztów. Ubocznym skutkiem byłby oczywisty przecież wzrost inflacji, który pociągnąłby za sobą wzrost stóp procentowych, co podrożyłoby kredyty i uderzyło po kieszenie zarówno konsumentów jak i zaszkodziłby całości gospodarki. 

Drugim „genialnym” pomysłem jest obłożenie banków podatkiem od wielkości aktywów. Postawię proste pytanie: dlaczego banków, a nie piekarzy? Odpowiedź: bo banki mają pieniądze. Szaleńczy pomysł. Po pierwsze polskie banki były bardzo odpowiedzialne i nie zawiniły w tworzeniu kryzysu – dlaczego je więc karać? Po drugie i tak wszystkie koszty przerzucą na klientów, więc rząd wyjmie pieniądze wcale nie z sejfów banków, a z naszych kieszeni. Podrożeją usługi bankowe, co też zresztą podniesie inflacje i zmniejszy popyt wewnętrzny. Tak mści się to, że zamiast zabrać się na serio do reform próbuje się szukać protez. 

Jest też zewnętrzny pomysł na podatek. Janusz Lewandowski, komisarz ds. budżetu Komisji Europejskiej, zaproponował, żeby w krajach Unii wprowadzić podatek od transakcji finansowych. Miałoby to odciążyć budżety państw (zmniejszyć składkę), a niedobór uzupełniłby sektor finansowy. Owszem przydałby się taki podatek, ale w formie proponowanej przez noblistę Jamesa Tobina już ćwierć wieku temu. W propozycji Tobina chodziło jednak o opodatkowanie niewielkim podatkiem obrotowym transakcji na rynku walutowym. To rzeczywiście miałoby sens, bo bardzo ustabilizowałoby kursy walut. Nad tym trzeba myśleć, a nie nad pomysłami, które szkodzą wszystkim oprócz budżetu, a i to jedynie w krótkim terminie. 

Ciągle na tapecie jest też „sprawa OFE”. Spotkanie premiera Donalda Tuska i ministra Michała Boniego z prezesami Otwartych Funduszy Emerytalnych nosiło znamiona teatru politycznego, który tak lubią szefowie rządów. Widzieliśmy już takie spotkania w wykonaniu premiera Silvio Berlusconiego, Władimira Putina, czy prezydenta Baracka Obamy. Dzięki takiemu spektaklowi społeczeństwo widzi, że rząd dba o społeczeństwo i gani, można nawet powiedzieć, że łaje, szefów funduszy, którzy uchylają się od wypracowania zysków, które zapewniłyby nam godne emerytury. To oczywiście jest nieco ironiczna ocena tego spotkania, ale nie miało ono na celu jedynie dostarczenie wrażeń publiczności.

 Trawestując znany gogolowski cytat („z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!” można powiedzieć: kogo ganicie? Samych siebie powinniście ganić. Fundusze emerytalne poruszają się przecież w ramach stworzonych im przez polityków. Ci politycy mieli mnóstwo czasu, żeby te ramy zmodyfikować, a nie zrobili prawie nic. Trudno winić fundusze za to, że wybrały łatwy zarobek skoro regulacje prawne im to ułatwiały, a można nawet powiedzieć, że do pójścia tą drogą zachęcały. 

Można sobie postawić pytanie: skąd ta dyskusja? Ostatnie zawirowania na rynkach akcji uświadomiły wszystkim, że OFE mogą również tracić pieniądze. Z kolei kłopoty budżetu zwróciły uwagę na to, że większość lokowanych w OFE kapitałów idzie na zakup obligacji skarbu państwa, których emisja zwiększa zadłużenia państwa. OFE używają naszych pieniędzy do kupna tych obligacji, na których bez żadnego ryzyka zyskują. Za to dostają spore wynagrodzenie. Wynagrodzenie w olbrzymiej większości nie zależy od zysku, a jedynie od wielkości zgromadzonego kapitału. Kapitału, który dostaje się zawsze, bez względu na koniunkturę, bo przecież składki emerytalne musimy płacić. Już na wejściu tracimy 3,5 procent (wcześniej 7 procent) ze swojej składki. Potem, co miesiąc, potrąca się nam opłaty za zarządzanie funduszem. Jest część stała zależna tylko i wyłącznie od wielkości zgromadzonych środków i uzależniona od wyników inwestycyjnych osiąganych przez fundusz część zmienna (od 1/9 do 1/3 części stałej). 

Załóżmy jednak, że koniecznie musimy inwestować swoje składki na rynkach finansowych. Jeśli zna się zasady działania tych rynków to można z dużą pewnością założyć, że wydzielona komórka w ZUS, zatrudniająca kilkunastu fachowców, dałaby sobie doskonale radę z tym, co robi teraz kilkanaście OFE. Kilka osób zajmujących się w ZUS zarządzaniem kapitałów w ramach funduszu rezerwy demograficznej miało wyniki lepsze od OFE. Nie muszę zapewne dodawać, że takie rozwiązanie kosztowałoby ułamek promila tego, co zarabiają OFE. Oszczędności zwiększyłyby emerytury Polaków. 

Widać już dość dokładnie, w jakim kierunku pójdą zmiany, które (już nie tak publicznie) zostaną z funduszami uzgodnione. Po pierwsze będzie wprowadzona wielofunduszowość. Będziemy mieli do wyboru 2 – 3 fundusze o różnym stopniu ryzyka. Na przykład człowiek młody będzie inwestował w fundusz mogący kupować nawet do 80 procent akcji, a człowiek na kilka lat przed emeryturą będzie musiał przejść do funduszu bezpiecznego, w którym udział akcji będzie marginalny. 

Teoretycznie dobrze, ale pamiętać trzeba, że takie zwiększenie ilości akcji nawet dla młodego człowieka może być bardzo niebezpieczne. Szczególnie teraz, kiedy jesteśmy w permanentnym kryzysie, który może potrwać jeszcze wiele lat. Kolejnym pomysłem jest zwiększenie konkurencji między funduszami. Miałby się zmierzyć z jakimś odnośnikiem (na przykład indeksem WIG20 czy nowym WIG30). Bardzo wątpię, żeby to się udało wprowadzić. Gdyby jednak nawet tak było to tak długo jak długo wynagrodzenie będzie przede wszystkim zależało od wielkości zgromadzonych (bez żadnego wysiłku) kapitału to konkurencja będzie udawana i nie przyniesie oczekiwanych rezultatów. 

Konstruktywna krytyka polega nie tylko na ocenie stanu obecnego i propozycji, ale również na zaproponowaniu rozwiązań. Jeśli naprawdę musimy mieć OFE (ja mam co do tego olbrzymie wątpliwości) to uważam, że należy wrócić do źródła. Przy tworzeniu reformy mówiło się o obligacjach infrastrukturalnych, których nabywcami byłyby OFE. Należy szybko do tego pomysłu wrócić. Należałoby zmniejszyć limity na akcje, wprowadzić limity na obligacje skarbu państwa i wprowadzić limity na obligacje infrastrukturalne. Kupując te ostatnie OFE finansowałyby (udzielałby kredytu) inwestycje w drogi, mosty i inne obiekty użyteczności publicznej. Byłyby to inwestycje bezpieczne i pożyteczne. Chyba lepiej budować autostradę niż uczestniczyć w nadymaniu balonu spekulacyjnego? 

Jeśli chodzi o wynagrodzenie dla funduszy to zdecydowanie zmniejszyłbym udział wynagrodzenia zależnego od wielkości zarządzanych kapitałów. OFE nie muszą się natrudzić, żeby je zdobyć, a poza tym maja stałe, niezależne od koniunktury wpływy. Nie szukałbym też odnośników (benchmark) na rynku akcji. Takim odnośnikiem byłaby dla mnie rentowność obligacji rządowych (jakiś indeks ją odzwierciedlający). Zysk w wysokości tej rentowności OFE wypracowują bez najmniejszego wysiłku. Dlatego też powinny być wynagradzane jedynie za zysk powyżej tego pułapu. Mógłby to być nawet całkiem spory udział w tym nadwyżkowym zysku (np. 30 procent). Mogę się jednak założyć, że zmiany w tych kierunkach nie pójdą, a za kilka lat, w czasie ostrej fazy kryzysu, wrócimy do dyskusji, która zapewne zakończy się likwidacją OFE.

 

Dodatek

Twierdzę, że (tak jak pisałem na początku) to, co dzieje się na rynkach finansowych nie jest to niczym nadzwyczajnym. Na przełomie lipca i sierpnia po prostu skończył się sezon publikacji przez amerykańskie spółki raportów kwartalnych i pojawiły się schody. Znaczenie nabrały dane makro i wszystkie inne odkładane na później strachy i rozpoczęła się korekta letniej hossy. Taki scenariusz zapowiadałem od dawna. Twierdziłem też, że potem powinna się zacząć gra pod pomoc Fed i ewentualnie rządu amerykańskiego. 

Ostatnie wystąpienie szefa Fed zawierało to, na co byki liczyły. Co prawda Bernanke przyznał, że gospodarka rozwija się wolniej niż oczekiwano, ale zapewnił, że w 2011 roku przyśpieszy (nie bardzo wiadomo, na czym opiera to twierdzenie). Gdyby jednak przyśpieszać nie chciała, a szczególnie wtedy, gdyby istniało realne zagrożenie spowolnieniem to Fed ma wiele środków, którymi może jej pomóc. Nie zgodził się z ekonomistami (między innymi z byłym wiceprezesem Fed Alanem Binderem), którzy twierdzą, że Fed już nie ma czym walczyć. Powiedział też, że ryzyko pojawienia się deflacji nie jest duże, ale gdyby się mylił to Fed da sobie z tym radę. Z wystąpienia wynikało, że szef Fed myśli przede wszystkim o poluzowaniu ilościowym, czyli skupie rządowych obligacji (pospolicie nazywanym drukowaniem pieniędzy). Jak widać nie były to nowe stwierdzenia, ale wyrażone bardziej kategorycznie. 

Słowa szefa Fed zostały wykorzystane i gracze posiadający krótkie pozycje zaczęli je w pośpiechu zamykać, a indeksy szybko rosły. Jeszcze bardziej umocniło się wsparcie na indeksie S&P 500 między 1.040 a 1.045 pkt. Pojawiły się jednak dwa niebezpieczeństwa. Po pierwsze, gdyby wkrótce doszło do przebicia tego bardzo mocnego wsparcia to zaowocowałoby potężnymi spadkami. Po drugie gdyby zapewnia szefa Fed zostały niedługo uznane za niewystarczające to nic nie uratowałoby rynku przed przeceną. Jeśli jednak rynki uwierzą w pomoc Fed (tylko wtedy, jeśli dane makro nie będą naprawdę bardzo słabe) to wpierw będą na nią czekały, a potem będą czekały na jej skutki, co pomoże nieźle zakończyć ten rok. Zalewanie rynków gotówką w krótkim okresie pomoże posiadaczom akcji, ale w dłuższym z pewnością smutno się skończy.

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

 

“Viagra” w domach maklerskich

 

Komisja Nadzoru Finansowego przedstawiła dane o sytuacji na rynku Indywidualnych Kont Emerytalnych w pierwszym półroczu 2010 roku, i narastająco. Wnioski są podobne jak na koniec poprzedniego półrocza – ogólna liczba IKE spada, ale nie w domach maklerskich, które radzą sobie na rynku zdecydowanie najlepiej i im wciąż rośnie  (liczba klientów) !

Domy maklerskie na fali
Co [...]

 

Kryzys w Polsce? Tak, ale made in Poland.

 

Dla wnikliwego obserwatora naszej sceny społeczno-gospodarczej, rządowa zapowiedź podwyżki stawek podatku VAT (tuż po wyborach) nie jest żadnym zaskoczeniem. Pomińmy polityczno – kalendarzowe konotacje tej decyzji. Obecna dyskusja nad naprawą finansów państwa, ograniczona jest do sfery makro gdzie mówi się: obcinać tu, podwyższyć tam, przedłużyć tu, skrócić w tym miejscu, zwiększyć w innym, itd. Rządowi eksperci uważają, że podwyższenie podatków, a zwłaszcza VAT o jeden punkt procentowy spowoduje że dochody budżetowe wzrosną o około 5 miliardów złotych, i że będzie to wystarczającym zabiegiem, aby zażegnać kryzys. Kwota ta, stosunkowo niewielka, ma pozwolić na zachowanie deficytu budżetowego w tzw. bezpiecznych granicach. Ma też nas uchronić przed “greckim’’ czy też ,,hiszpańskim’’ scenariuszem. Nie wdając się w głębszą dyskusję nie mogę jednak nie dodać, że bez reform po stronie wydatków, na dłuższą metę, wspomnianych scenariuszy nie da się wykluczyć. Tym bardziej historia Polski po 1989 roku pokazuje, że żadna partia polityczna nie była i nie jest gotowa do wykonania tych bardzo potrzebnych reform. Teraz dochodzimy do kumulacji tych zaniechań i może to mieć katastrofalny skutek dla Polski.

Bardziej niepokoi mnie sytuacja na poziomie mikro. Tu podwyżka VAT-u może mieć bardziej przykre konsekwencje. Trzeba bowiem pamiętać, że sytuacja dających ponad 65 proc. PKB małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce już dziś jest często bardzo trudna ze względu na brak przede wszystkim kapitału obrotowego. Według raportu NBP opublikowanego na przełomie czerwca i lipca, banki zaostrzają politykę kredytową w stosunku do małych i średnich przedsiębiorstw, rosną koszty i zobowiązania, co prowadzi do utraty płynności finansowej przez wiele firm. Jak pokazują różne badania, w takiej sytuacji przedsiębiorstwa w pierwszej kolejności przestają regulować zobowiązania wobec innych podmiotów, potem ZUS i szeroko rozumianego budżetu, w tym i VAT. Później upadają i – tu koło się zamyka – budżet zamiast zyskać traci!. Na zasadzie efektu domina może dojść do kryzysu „made in poland’’. Obawiam się, że taki scenariusz jest bardzo prawdopodobny.

Widzę wyjście z tej sytuacji jedynie poprzez ograniczenie wydatków budżetowych, zmianę w sposobie pobierania ZUS od firm, a zwłaszcza tych nowo powstałych, wyrównanie KRUS i ZUS, wprowadzenie budżetu zadaniowego z efektywnym poziomem zatrudnienia i co najważniejsze zmianę konstytucji, która wymusza na rządzie utrzymanie pewnych wydatków, pomimo że przestały odpowiadać obecnej sytuacji gospodarczej w Polsce. Ale to jest już  bardzo trudne zadanie polityczne i pozostaje nam tylko opatrzność, by zapobiec kryzysowi w Polsce.

 

 

 

 

Wzrost podatku VAT, czyli Donald Tusk obchodzi 1000 dni swojego rządu.

 

W minionym tygodniu minęło 1000 dni rządu pod kierownictwem premiera, Donalda Tuska.
W licznych komentarzach do tego wydarzenia pojawia się wiele głosów co do zaniedbań rządów Platformy Obywatelskiej w kwestii przeprowadzenia reform. I trudno się temu dziwić, gdyż przez blisko trzy lata rządów, PO niewiele zrobiła dla polepszenia stanu finansów państwa.

I w tym może tkwić tajemnica wciąż wysokich notowań PO w różnych sondażach. Dopóki  Platforma niewiele robi, a jeśli już robi to jest to nieodczuwalne dla przeciętnego obywatela, notowania są wysokie. Gorzej, że niedawny ruch z podwyżką podatku VAT może kończyć okres marazmu. Tyle, że od dawna zapowiadane reformy będą oznaczać raczej podwyżki podatków, likwidację ulg itp. zamiast sprawy kluczowej czyli cięcia wydatków i ograniczenia marnotrawstwa państwowych pieniędzy.

Prawdziwe mega oszczędności liczone w dziesiątkach miliardów złotych rocznie tkwią w KRUS i wcześniejszych emeryturach. Do pierwszego budżet, dopłaca rocznie blisko 16 mld zł, do emerytur prawie 20 mld zł. Łącznie daje to 36 mld zł. To 2/3 deficytu budżetowego.

Podwyżka podatku VAT od 1 stycznia 2011 roku jest właściwie przesądzona mając na uwadze, że obie partie koalicyjne są za. Ta podwyżka to tylko początek?
Tego należałoby się obawiać wsłuchując się w propozycje płynące z różnych środowisk.
Mowa tu przede wszystkim o likwidacji tzw. becikowego, zakończenie programu „Rodzina na Swoim” czyli dopłat do kredytów mieszkaniowych oraz bardzo groźnych jak wstrzymanie przelewania składek ZUS do OFE w następnych dwóch latach. Taki pomysł zrodził się w głowie minister pracy Jolanty Fedak. Zgodnie z założeniami zatrzymanie składek na dwa lata w ZUS dałoby dodatkowe 23 mld zł w budżecie. Pomysł bez dwóch zdań jest chory, gdyż znając nieudolność kolejnych rządów i brak chęci to prawdziwych reform, można być niemalże pewnym, że pieniądze zostałyby przejedzone i nigdy by nie wróciły do ZUS. Takie rozwiązanie to działanie doraźne z poważnymi konsekwencjami na przyszłości. Łatwe sięgnięcie do kieszeni przyszłych emerytów mogłoby stać się zaczątkiem do likwidacji OFE, które uważane są za nieefektywne i drogie.

Podwyżka podatku VAT niewiele da finansowo, a otwiera drogę do kolejnych podwyżek. Łatwe pieniądze dla budżetu państwa skłonią rząd do pozostawienia wyższych stawek na długie lata.
Pamiętamy ile było obietnic zniesienia tzw. podatku „Belki”. On też miał być przejściowy. Minęło tymczasem 9 lat a podatek ma się dobrze. Podobnie może być z VAT.

Zgodnie z wyliczeniami Ministerstwa Finansów planowana podwyżka VAT ma dać dodatkowo ok. 5 mld zł wpływów do kasy państwa. Kwota jest śmiesznie niska w porównaniu chociażby z tym, że deficyt budżetowy na ten rok zaplanowano na 52 mld zł. Mało tego, podwyżka VAT nie starczy nawet na pokrycie niedoboru jaki powstał z tytułu spadku wpływów z podatku CIT, czyli płaconego przez firmy. Ministerstwo Finansów na początku sierpnia opublikowało dane, z których wynika iż w roku podatkowym 2009, firmy wpłaciły do budżetu o 6 mld zł mniej niż rok wcześniej.

Obawiam się, że podwyżka VAT, za rok przyniesie kolejną. W rezultacie wzrosną ceny wielu towarów i usług, gdyż firmy nie będą chciały brać na siebie wyższego VAT. Spadnie na nie popyt i  zmniejszą się zyski firm. Wzrośnie więc bezrobocie. To pociągnie za sobą kolejny spadek popytu i dalszy spadek zysków firm. A stąd droga do kryzysu będzie prosta. Za 2-3 lata, gdy kraje UE na dobre wyjdą z kryzysu Polska dopiero w niego wpadnie. Co wówczas powie Donald Tusk, o ile będzie jeszcze u władzy? Że Polska z zielonej wyspy, oazy spokoju stała się dziurawym statkiem podczas sztormu? Niełatwo będzie się przyznać do błędów, a jeszcze trudniej mamić swoich wyborców?

 

FastDeal i Groupon czyli jak zjeść w restauracji za 50% ceny.

 

Nie samymi finansami i gospodarką człowiek żyje. Trzeba m.in. coś jeść. A jeśli jeść do smacznie i najlepiej tanio. Z tym pierwszym jest nieźle, z drugim znacznie gorzej. Koszt wyjścia do średniej klasy restauracji a nawet pizzerii to 50-80 zł od pary i to często bez szaleństw w postaci deserów czy alkoholi. Z tymi można lekko wydać 100-150 zł.

Dlaczego o tym piszę?
Ponieważ odkryłem właśnie dwa serwisy oferujące tzw. grupowe zakupy.
To FastDeal i Groupon.
I nie chodzi o kupno towarów w tradycyjnych e-sklepach, a o sprzedaż kuponów rabatowych na usługi, w tym usługi gastronomiczne, kosmetyczne czy fitness.

O co chodzi?
Większości z nas zdarzyła się na pewno sytuacja, gdy na ulicy ktoś wręczył nam ulotkę pizzerii, szkoły językowej czy klubu fitness. Oprócz nazwy firmy na ulotce widnieje zwykle informacja w stylu, z tą ulotką:
– druga pizza za pół ceny,
– pierwsza lekcja wybranego języka gratis,
– karnet do klubu za 50% przez pierwsze trzy miesiące.

I w ten sposób ulotka jest równocześnie kuponem rabatowym.

Zarówno FastDeal jak i Groupon stanowią platformy, na których w/w usługodawcy jak również wielu innych sprzedają kupony uprawniające do rabatu rzędu 50% i więcej na swoje usługi.

Przykładowa oferta dnia to kolacja w restauracji.
Cena normalna 180 zł. Po zakupie vouchera otrzymujemy zniżkę 50% i kolacja wyniesie nas zaledwie 90 zł.

Jeśli ktoś miało poważne opory przed wydaniem blisko 200 zł za mile spędzony wieczór, o tyle za 90 zł może się zdecydować bez większego problemu. I o to chodzi właścicielom restauracji czy salonów kosmetycznych. Ściągając do siebie w krótkim czasie setki klientów zwiększają znacznie swoje obroty a przez to i zyski. Mało, tego. Część zadowolonych klientów może wrócić do nich lub poleci usługę znajomym. A wtedy zapłacą oni pełną cenę.

Polacy lubią różnego rodzaje programy lojalnościowe polegające na zbieraniu punktów za zakupy a następnie wymianie ich na rabaty czy prezenty. Wystarczy wspomnieć program PayBack, który zyskał ogromną popularność.

Wydaje się, że nowe serwisy doskonale trafiły w potrzeby i gusta internautów.
FastDeal, Groupon oraz konkurencja oferują w jednym miejscu łatwy i przede wszystkim szybki dostęp do bieżących super ofert cenowych w kilkunastu miastach Polski.

Jak zacząć przygodę z grupowymi zakupami usług?

Wchodzimy na stronę FastDeal lub Groupon, te dwa to w tej chwili największe tego typu serwisy.

Wybieramy zakładkę Zarejestruj.
Podanie podstawowych danych w tym e-maila i hasła do konta zajęło mi ok. minuty.
Po zatwierdzeniu ok, jesteśmy od razu zalogowani i możemy brać udział w zakupach.
Wchodzimy na interesującą nas usługę i wybieramy: Kupuję.

Zostajemy przekierowani na stronę płatności gdzie mamy do wyboru podstawowe, doskonale znane z zakupów w sklepach internetowych formy płatności:
– karta kredytowa,
– PayPal,
– przelew bankowy

Po wyborze formy zostajemy przekierowani na stronę operatora transakcji kartami lub naszego banku. Dalej wszystko trwa chwilę. Po dokonaniu przelewu otrzymamy na adres mailowy stosowną informację.

Nie pozostaje nic innego jak czekać na zakończenie oferty. Licznik znajduje się na stronie www serwisu przy jej opisie.

Minęły niespełna dwie godziny od zakończenia oferty z której skorzystałem a otrzymałem mailem swój kupon rabatowy. Wystarczyło go wydrukować i znaleźć dogodny termin na rezerwację stolika.
To akurat zrozumiałe, jeśli kupon nabyło kilkaset osób. Nietrudno się domyśleć jaki zamęt panowałby w restauracji gdyby 100 osób zechciało go zrealizować następnego dnia po otrzymaniu.

Tak czy inaczej. Ja już skorzystałem i Tobie serdecznie polecam.
Nie czekaj i sprawdź najnowsze super oferty na FastDeal i Groupon.

 

Czekamy na raport „Polska 2013”

 

Na przełomie lipca i sierpnia, czyli w samym środku spokoju w Polsce nie było. Chodzi oczywiście o decyzje mającej na celu zmniejszenie deficytu budżetowego i ograniczenie zadłużenia, a nie o to, co działo się pod Pałacem Prezydenckim. Nawiasem mówiąc to ostatnie było pokazem słabości państwa, co może martwić, jako że czekają nas w gospodarce trudne dwa lata. Silne i zdecydowane państwo będzie bardzo potrzebne. 

W interesującej nas sprawie balon próbny wypuścił Michał Boni twierdząc, że możliwa jest podwyżka podatków, składki rentowej i VAT (do 25 proc.). Potem okazało się, że rządowym Wieloletnim Planie Finansowym Państwa nie będzie najbardziej drastycznych posunięć. Dokument ten ma być podstawą przygotowywania projektów ustaw budżetowych w kolejnych latach. Jeśli mówimy o kolejnych latach to radziłbym się tymi założeniami nie przejmować, bo nikt nie wie, co będzie się działo za parę lat. W przyszłym roku nikt o tym planie nie będzie pamiętał, ale z pewnością będzie podstawą do tworzenia projektu budżetu na 2011 rok. Oczywiście o ile posłowie PSL się nie zbuntują.

Dokument został tak zbudowany, żeby się rynkom finansowym spodobać, ale nie do końca wypełnił to zadanie. Wykluczono podwyżki PIT, CIT i składki rentowej. Wzrośnie o jeden procent główna stawka VAT (z 22 na 23 proc.). Wzrośnie też VAT na żywność nieprzetworzoną (z 3 na 5 proc.) – znika w tym roku derogacja UE, więc rząd nie miał wyboru. Obniżony zostanie VAT na żywność słabo przetworzoną (z 7 na 5 proc.), a na odzież, czynsze, leki itp. wzrośnie z 7 na 8 proc. Główna stawka VAT może wzrosnąć w 2011 i 2012 roku o kolejny jeden procent dochodząc do maksymalnego w UE poziomu 25 proc. W dokumencie planowane jest też zamrożenie progów podatkowych do 2013 roku (czyli realna podwyżka PIT), ma wzrosnąć akcyza na tytoń i zostać wprowadzona akcyza na węgiel i koks.

Na pozór wydaje się, że podniesienie VAT o jeden procent będzie plastrem na ranę, bo niewiele pomoże budżetowi (5 mld złotych to nie jest dużo). Myślę jednak, że kluczem do zrozumienia tej decyzji jest to, co powiedział premier Donald Tusk „musimy sobie kupić czas”. Rok 2011 będzie trudny nie tylko dlatego, że jest to rok wyborczy. To „kupowanie czasu” zostało wpisane właśnie w tę sprawę, ale według mnie nie tylko o to chodzi. W 2011 roku (jak już nieraz pisałem) rynki finansowe będą szukały kolejnej ofiary. Wiele krajów obniży swoje deficyty, a Polska zamiast wyspą może się stać rafą, o którą wielu inwestorów się rozbije.

Rząd tłumaczy swoje działania tym, że musimy mieć pieniądze, by móc korzystać z funduszy unijnych. Moim zdaniem to nieprawda. Na taki cel można np. zaciągnąć pożyczkę w rocznych bonach skarbowych. My chcemy pokazać, że jesteśmy w środku drogi między USA (nie ograniczać wydatków to ich motto), a UE (ciąć wydatki, ograniczać deficyty) i ostrzejszych działań nie potrzebujemy. Poza tym rząd robi wszystko, żeby jak najmniej antagonizując wyborców nie dopuścić do przekroczenia progu ostrożnościowego 55 proc. zadłużenia w stosunku do PKB. Jeśli będziemy mieli szczęście (ta ekipa na razie je ma) to taki manewr może się udać, ale tylko wtedy, jeśli w 2011 roku nie będzie na świecie drugiego uderzenia recesji. Jeśli będzie to planowany wzrost (3,5 proc.) nie zostanie osiągnięty, złoty mocno straci, a to wszystko automatycznie podniesie zadłużenie. Polskę na razie traktuje się trochę ulgowo, bo wszyscy wiedzą, że 2011 rok jest rokiem wyborczym (agencja Standard&Poor’s poinformowała, że podtrzymuje swój rating naszego długu), ale łagodne traktowanie może się nagle i nieoczekiwanie skończyć.

Na krótką metę takie decyzje mogą doprowadzić do pożądanych celów. Rządzący mogą znowu wygrać w 2011 roku wybory, a potem spróbować reformować finanse publiczne. Według mnie nie jest to jednak właściwa droga. Przede wszystkim dlatego, że podwyżka podatku VAT jest szkodliwa. Na pozór mało szkodliwa jest podwyżka jednoprocentowa, ale też nie do końca. Nie jest na przykład prawdą, że nie zdrożeje żywność. Oczywiście zdrożeje. Nie da się zrobić chleba, bez mąki, na którą VAT wzrośnie. Na chleb VAT spadnie, ale w sumie cena z pewnością wzrośnie. Wzrosną czynsze, ceny energii i paliwa. To oczywiście doprowadzi do wzrostu inflacji, a ta naprawdę dobierze się nam do kieszeni. Wzrosną też w tej sytuacji stopy procentowe, a to zaszkodzi gospodarce zmniejszając wpływu do budżetu. Prawdziwą katastrofą byłyby kolejne podwyżki VAT zapowiadane w latach 2011 i 2012.

Kompletnie nie do zrozumienia jest twierdzenie zgodnie z którym podwyżka VAT jest najmniej szkodliwa. Jest za to z pewnością najprostsza. Większość ludzi jako slogan traktuje opinie zgodnie z którymi na podwyżce VAT najbardziej stracą mniej zarabiający (w domyśle 70 procent Polaków). Wystarczy jednak przeprowadzić prostą pracę myślową, żeby zobaczyć, że tak rzeczywiście jest. Człowiek zarabiający 2000 złotych miesięcznie wydaje wszystko, więc cały jego przychód obciążony jest podatkiem VAT, akcyzą, cłem. Zarabiający kilkanaście tysięcy miesięcznie olbrzymią część swoich zarobków inwestuje (lokaty, fundusze). Podatki pośrednie tak bardzo jak mniej zarabiającemu nie podnoszą mu całkowitych obciążeń podatkowych, a przecież na swoich inwestycjach dodatkowo zarabia zmniejszając te obciążenia. Należałoby więc mówić nie o stawkach PIT, ale o efektywnym opodatkowaniu. Podwyższanie VAT zwiększa je zdecydowanie bardziej osobom o mniejszych zarobkach.

Moje stanowisko jest od dawna niezmienne. Powrót na dwa lata do poprzednich stawek PIT i składki rentowej dałby budżetowi ponad 40 mld złotych rocznie (tyle ile ma wynieść deficyt budżetu rządowego). Dlaczego nie ma parcia na takie rozwiązanie? To proste. Dwie główne partie (PO i PiS) głosowały za obniżką PIT i stawki rentowej, więc nie chcą się przyznać, że popełniły błąd. Elita finansowo-medialna nie jest zainteresowana obniżką swoich wynagrodzeń. Podobnie reagują dobrze zarabiające szefostwa związków zawodowych. W tej sytuacji każdy głos rozsądku zamienia się w niesłyszalny pisk, a Polakom ten pomysł przedstawia się jako wręcz szatański.

Mimo to należałoby cofnąć poprzednie obniżki. Olbrzymia większość Polaków straciłaby na tym kilkadziesiąt złotych miesięcznie, ale mówi im się, że byłby to dramat nie mówiąc, że podwyżka VAT kosztować ich może dużo więcej. Opowieści o kilkunastu groszach dziennie można sobie między bajki włożyć. Pan premier Tusk mówiąc o takich obciążeniach nie wziął pod uwagę czynników, które wyżej wymieniłem – przede wszystkim zrostu inflacji i stóp procentowych (koszt kredytu wzrośnie). Obdarowani przez polityków dobrze zarabiający na pewien czas wróciliby do wynagrodzeń istotnie niższych, ale nie zaszkodziłby to zbytnio ani im ani gospodarce. Nie jest bowiem prawdą to, że 30 mld złotych wypłacone z tytułu obniżki podatków bardzo pomogły w zwalczaniu kryzysu. Większość z nich wylądowała przecież na lokatach i w funduszach inwestycyjnych.

Taka decyzja dałaby prawdziwy oddech, a zyskany w ten sposób czas należałoby wykorzystać na wprowadzenie porządnej reformy finansów. Oczywistym jest przecież, że jest niezbędna. Jeśli jej nie będzie to dług publiczny błyskawicznie wzrośnie do 60 proc. – a to by było naprawdę bolesne dla wszystkich (cięcia płac i emerytur nie byłyby niczym miłym…). Taka reforma powinna być uzgodniona ze wszystkimi siłami politycznymi, a jeśli się nie da się z wszystkim to chociaż z 75 procentami. Polacy będą popierać reformy wtedy, jeśli zobaczą, że ciężary są sprawiedliwie rozłożone, a brak reform kosztowałby ich zdecydowanie więcej. Taki plan wychodzenia z kryzysu może napisać na przykład minister Michał Boni. Napisał raport „Polska 2030″, niech usiądzie i napisze „Polskę 2013″. Na razie taki pomysł wygląda jak baśń, ale kiedy kryzys zaglądnie nam w oczy to zamieni się w rzeczywistość. Tylko po co czekać?

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

 

Podatkowa mantra

 

Gdy ktoś zbyt często powtarza tę samą formułę mówimy, że „powtarza coś jak mantrę”. Środowiska proprzedsiębiorcze w Polsce też mają kilka swoich „mantr”. Wśród nich m.in. formułę: „obniżanie podatków pobudza gospodarkę”. Niestety, podobnie jak i inne formuły wypowiadane od lat, nie przynosi to ani duchowego ukojenia ani – co gorsza – pozytywnych rozwiązań. Przykład? Poznaliśmy [...]

 

Komisja Nadzoru Finansowego przestrzega przed firmą Amber Gold, a ta pozywa KNF do sądu.

 

Coraz ciekawiej wygląda historia firmy Amber Gold, którą Komisja Nadzoru Finansowego wpisała kilka miesięcy temu na listę firm nie posiadających licencji na prowadzenie działalności bankowej. Na liście tzw. ostrzeżeń publicznych oprócz Amber Gold wpisanych jest kilka firm: m.in. Finroyal, która oferuje wysoko oprocentowane lokaty.

Jest na niej również firma Flexworld. Historię oszustw dokonywanych przez tą ostatnią firmą opisał niedawno portal Skarbiec.biz. Pełny tekst o aferzy  Flexworld można przeczytać tutaj:

Pełna lista Komisji Nadzoru Finansowego znajduje się na tutaj:

Firma Amber Gold postanowiła nie pozostać KNF dłużna i pozwała urząd do sądu. Twierdzi, że nie podlega nadzorowi KNF, gdyż nie oferuje lokat a zajmuje się przede wszystkim sprzedażą, zakupem i przechowywaniem metali szlachetnych (złoto, srebro, platyna) w jedynym w Polsce domu składowym. Problem w tym, że kilka tygodni temu Ministerstwo Gospodarki zakazało prowadzenia domu składkowego. Jakby tego było mało, Gazeta Wyborcza odkryła, że prezes Amber Gold został kilka lat temu skazany prawomocnym wyrokiem za oszustwa finansowe.

Bez względu na to czy Amber Gold ma prawo do prowadzenia działalności polegającej m.in. na gromadzeniu środków w postaci lokat warto przyjrzeć się temu na ile możliwe jest osiągnięcie podawanych przez firmę zysków?

Dlaczego tradycyjne banki oferują na lokacie 4-5% w skali roku a nie 10-15%?
Odpowiedź wydaje się prosta. Oferując więcej niż 4-5 % dokładałyby do interesu czyli realnie ponosiłyby straty. A nie to jest przecież celem banku.
Oprocentowanie lokat bankowych zależy od wskaźnika WIBOR, czyli Warsaw Inter-bank Offered Rate. Jest to średnia stopa procentowa, po jakiej największe banki w Polsce udzielają pożyczek  innym bankom w złotych na określony okres.
Jeśli obecnie 3 miesięczny WIBOR wynosi 3,28% banki mogą zaoferować klientom 4%-4,5%. Robią tak aby pozyskiwać nowe depozyty, z których prowadzą akcje kredytową.

Tymczasem firma Amber Gold kusi reklamami lokat oprocentowanych nawet 15%. Owe 15% jest jednak wartością maksymalną i dotyczy lokat w złocie od 36 mcy do 60 mcy.

W jaki sposób Amber Gold może oferować tak wysokie oprocentowanie?
Odpowiedzi nasuwa się kilka:

1. Firma ponosi wysokie i nadmierne ryzyko, nietypowe przy tak bezpiecznych produktach jakimi są lokaty.

Lokaty Amber Gold wyrażone są w złocie, srebrze i platynie. Jak wiadomo ceny tych metali podlegają częstym zmianom i zależą od wielu czynników m.in. obaw o inflację i stanu gospodarek światowych potęg, głównie USA i Chin. Cena złota wyrażona jest dolarach amerykańskich.
Ostateczny zysk ze złota zależny jest więc nie tylko od jego ceny od również od kursu dolara wobec złotówki. Niejednokrotnie okazuje się, że pomimo wysokich cen złota na świecie po przeliczeniu jej na złotówki realny zysk jest znacznie mniejszy.
Jeśli ktoś oferuje 12-15% na lokacie w skali roku od razu powinno nam się zapalić czerwone światło. Nawet lokaty strukturyzowane jedyne co zapewniają to zwrot 100% wpłaconego kapitału.

2. Amber Gold próbuje zarabiać na pożyczkach i z zysków wypłacać odsetki należne klientom zakładającym lokaty. Aby jednak być w stanie zarobić na pokrycie oprocentowania rzędu 15% rocznie i jeszcze wyjść na swoje kredytu muszą być oprocentowane na 25% albo więcej. Nie jest to więc oferta atrakcyjna, nie mówiąc już o tym, że firma nie będąca bankiem może mieć spore problemy ze ściąganiem należności. A to klucz do zysków firmy.

3. Firma ma nieczyste intencje i zbiera pieniądze od klientów zwabionych potencjalnie wysokimi zyskami. Nie waham się stwierdzić mocno naiwnych klientów, którym wielu z nich nazwa: Komisja Nadzoru Finansowego, Bankowy Fundusz Gwarancyjny czy wiedza od czego zależy oprocentowanie lokat jest obca.

Reasumując, każdy nim zdecyduje się powierzyć swoje oszczędności firmie Amber Gold czy innej nie posiadającej stosownej zgody na prowadzenie działalności bankowej podejmuje nadmierne ryzyko.
Brak licencji bankowej a co za tym idzie brak gwarancji Bankowego Funduszu Gwarancyjnego (BFG) sprawiają, że zamiast otrzymać obiecywane 10-15% możemy nie otrzymać nic, gdyż firma ulotni się z pieniędzmi klientów gdy tylko powstanie wokół niej niezdrowy szum.
Brak nadzoru Komisji Nadzoru Finansowego sprawia, że w sytuacji gdy klienci zostaną oszukani zostaną pozostawieni praktycznie sami sobie. Jeśli już ktoś chce ryzykować i lokować oszczędności w takich firmach niech chociaż przeznaczy na to niewielką część oszczędności. Warto też nie podpisywać umów wieloletnich. Spróbujmy wypłacić pieniądze plus odsetki po 3 miesiącach a przekonamy się, czy firma nadmiernie nie ociąga się z wypłatą środków. Wszak konstrukcja wszelkich piramid finansowych jest podobna. Firma działa nieźle dopóki wpłaty nowych klientów starczają na wypłaty tych, którzy zdecydują się zrealizować zyski. Zyski, które są często na papierze.

Tylko w ostatnich kilku latach mieliśmy w Polsce co najmniej trzy duże afery:
1.Warszawska Grupa Inwestycyjna – WGI, która w 2006 roku zdefraudowała ponad 300 mln zł powierzonych im przez klientów, którzy wierzyli w wysokie zyski osiągane na rynku Forex.
2.Interbrok, podobnie jak WGI, działała na rynku Forex. Jej klienci zostali oszukani na ponad 100 mln zł. Sprawa wyszła na jaw w 2007 r.
3.Stosunkowo młodą aferą była historia firmy Digit Serve z 2008 r., powiązanej ze znanym z afery Art B, Bogusławem Baksikiem. Klienci tej firmy stracili ok. 20 mln zł.

Można być jednak pewnym, że chęć zysku nazywana też chciwością skusi kolejnych klientów do podobnych jak w/w firm.

 

Podwyżka podatku VAT zbliża się wielkimi krokami.

 

Kiedy kilka dni temu w mediach (Radio Tok FM, Rzeczpospolita) pojawiły się pierwsze wzmianki o pomysłach rządu na zwiększenie wpływów do kasy państwa, można to było uznać za jednorazowy epizod. Kolejne dni przyniosły jednak bardziej niepokojące sygnały.
Jak się okazuje, rząd przyznaje, że sytuacja budżetowa jest trudna i będą trwały poszukiwania wyjścia z tej sytuacji. W najgorszym razie nie wyklucza się podniesienia podatku VAT? Dlaczego akurat VAT?

Skoro na cięcia wydatków nie ma szans, bo blisko 70% z nich to tzw. wydatki sztywne, a podwyżka podatków bezpośrednich czyli podatku dochodowego fatalnie wpłynęłaby na nastroje społeczeństwa pozostaje stawka VAT. Podatek ten płacimy kupując wszelkie towary i usługi.
Jego podwyżkę odczujemy mniej przynajmniej w aspekcie psychologicznych, gdyż nie zmaleją nam pensje. Tak naprawdę jednak owa pensja starczy nam na mniej. Wyższy VAT to wyższe ceny większości towarów i usług.

Wicepremier Waldemar Pawlak również nie wyklucza podwyżki podatku VAT. To druga osoba z kręgów bliskich premierowi po ministrze Bonim poruszająca ten temat. Niewykluczone jest, że nagłe pojawienie się kwestii VAT jest spowodowane wiedzą jaką posiada rząd o faktycznej sytuacji finansowej państwa. A musi ona być niewesoła. Z pewnością ogólniki typu: „rząd musi dbać o utrzymanie odpowiedniego długu publicznego” będę często powtarzane. Martwić może przyspieszenie w tym temacie. Wszak dług rośnie od lat.

Platforma Obywatelska mając premiera, prezydenta i koalicjanta przychylnego podwyżce stawki VAT może całą operację przeprowadzić dość szybko. Kto wie, czy nie było to zaplanowane już przed drugą turą wyborów prezydenckich?

Po wygranej Bronisława Komorowskiego wystarczyło wyjąć teczkę z biurka. Rząd widać postanowił działać szybko i podjąć się trudnego tematu niezwłocznie po wygranych wyborach. Wybiegając nieco w przyszłość może to i lepiej, że takie niezbyt miłe niespodzianki chce nam zafundować niejako na dzień dobry nowej prezydentury. Póki co nastroje społeczne nie są złe.
I kwartał gospodarka zakończyła niezłych wynikiem jeśli chodzi o PKB, spadło bezrobocie, wzrasta konsumpcja.

Inna sprawa, że podwyżka VAT z 22% do 25%, która w zamyśle ma dać dodatkowe nawet 15 mld zł dochodów do budżetu może stłumić wzrost gospodarczy przez ograniczenie konsumpcji.
Te 3% w skali miesiąca mogą dać kilkadziesiąt dodatkowych złotych jakie przyjdzie każdemu zapłacić przy okazji zakupów. Kto wie czy efekt podwyżki będzie wart poniesionych kosztów, w skrajnym przypadku zmniejszonego tempa PKB i spadku wpływów z tytułu podatku VAT?
Wówczas rząd będzie musiał szukać pieniędzy w innych kieszeniach np. podwyższając składki rentowe.

Samo podwyższanie podatków i składek bez optymalizacji ich wydatkowania do droga donikąd.
Za 2-3 lata pieniędzy znów zacznie brakować i coraz trudniej będzie znaleźć nowe źródło do zasypania długów państwa. To jednak temat na przyszłość.

 

Mobilność zawodową Polaków ograniczają różnice cen nieruchomości?

 

Choć przeprowadzki do innego miasta za lepiej płatną posadą nie są jeszcze w Polsce zbyt powszechne to jednak zjawisko to zyskuje na popularności. Często jednak zapomina się o jednej ważnej kwestii. W dużych miastach, gdzie średnia pensja wynosi nawet 50% więcej niż w uboższych rejonach kraju, wyższe i to znacznie są koszty życia. Właśnie o tym chciałbym wspomnieć.

Bardzo ciekawą analizę przygotowała kilka dni temu firma Home Broker. Zestawiła średnią cenę metra kwadratowego mieszkania w 10 miastach Polski ze średnią pensją jaka występuje w tych miastach. Dane dotyczące pensji pochodzą z GUS za rok 2009, ceny nieruchomości są aktualne.

Jeśli ktoś zapragnie wyjechać do dużego miasta w nadziei na wyższe zarobki może przeżyć spory zawód w momencie, gdy zechce w tym mieście zostać na stałe. Jak się bowiem okazuje, różnice w zarobkach w poszczególnych miastach choć występują są niczym w porównaniu z różnicami cen mieszkań w tych miastach. I tak w Bydgoszczy według danych GUS zarabia się najgorzej spośród badanych miast (2208 zł netto), ale i najtańsze są tam mieszkania 4406 tys. za m2. Na drugim biegunie znajduje się Kraków, w którym średnie zarobki są raptem 250 zł wyższe i wynoszą 2452 zł netto, za to ceny nieruchomości są wyższe o 82% wobec cen w Bydgoszczy. Metr mieszkania to wydatek rzędu 8023 zł.

Jak wynika z zestawienia to właśnie Kraków obok Warszawy jest najdroższym miastem w Polsce.
Na 3 i 4 miejscu znalazły się Wrocław i Gdynia przy czym w obu tych miastach zarabia się nieco więcej niż w Krakowie. Wniosek z tego taki, że Krakowianie mają najgorzej biorąc pod uwagę wysokość przeciętnej pensji do możliwość zakupu własnego M.

Trudno znaleźć proste wytłumaczenie takiej sytuacji. Może zwyczajnie Kraków uchodzi za miasto z bogatą historią, zapleczem kulturalnych (uczelnie, teatry) atrakcyjne turystycznie co napędza ceny nieruchomości. Niestety owa tradycja nie udziela się zbytnio pracodawcom z rodu Kraka, którzy skąpią na pensjach. Jeśli już osiedlać się w Krakowie to tylko mając dobrze płatną posadę. W przeciwnym razie status materialny możemy sobie pogorszyć zamiast polepszyć, zwłaszcza kiedy planujemy zaciągnąć kredyt na mieszkanie. Ze średnią pensją kupimy tu znacznie mniejsze lokum niż we wspomnianej wcześniej Bydgoszczy, ale również Łodzi czy Lublinie.

Dane zawarte w opracowaniu Home Broker mogą z powodzeniem pomóc osobom planującym inwestycję w mieszkanie na wynajem. Znając stosunek: przeciętne wynagrodzenie/cena m2 mieszkania można założyć z dużym prawdopodobieństwem, że wiele osób przyjeżdżających do Krakowa nie będzie stać na kupno mieszkania na kredyt. To zwiększa szanse tych inwestorów, którzy mają mieszkanie na wynajem i mogą zaoferować na tyle atrakcyjną cenę by być konkurencyjnym wobec kosztów kredytu hipotecznego. Ideałem byłoby wynajmować mieszkanie pracownikowi wyższego szczebla zatrudnionemu w jednej z licznych korporacji, które mają swoje oddziały w Krakowie. Takie rozwiązanie zapewniałoby nam stabilny dochód, a płacąca za swojego pracownika firma i tak wrzuca taki wydatek w koszty. W ten sposób obie strony powinny być zadowolone.